Na pięknej ziemi rzepińskiej pośród sosnowych lasów z wijącą się przez łąki i mszary zarośniętą Ilanką w Polskiej Woli, u podnóża leśnej opaski znajduje się kompleks Technikum Leśnego.
Wybudowano go w 1905 roku jako dom–szpital dla osób w podeszłym wieku oraz psychicznie chorych. Podczas II wojny światowej mieścił się tam niemiecki szpital wojskowy natomiast po zdobyciu tych ziem Rosjanie leczyli w nim swoich rannych czerwonoarmistów.
Obiekt modernizowano przez kilka lat (1951–56) przygotowując go jako szkołę. Owo ostatnie zdanie odnotowane w historii szkoły – jak wiemy z własnego doświadczenia – nie jest w pełni prawdziwe. Szkołę ulokowaną na tak zwanym Dzikim Zachodzie Ministerstwo Leśnictwa utworzyło raczej z konieczności niż poczucia takiej potrzeby. W wyniku ostatniej wielkiej redukcji kadr oficerskich po wojnie, trzeba było pilnie utworzyć wydajne ośrodki szkolenia zawodowego, których celem było przekształcenie dotychczasowych żołnierzy w ludzi dających sobie radę w cywilu.
Pragnąłem się uczyć w szkole leśnej w Margoninie, ale na ostatniej zbiórce po zdaniu egzaminów wstępnych dyrektor zapowiedział: nasza przedwojenna szkoła leśna kończy kształcenie stacjonarne młodzieży. Rozpoczyna kursowe, zawodowe, a wy traficie do nowych placówek utworzonych przez ministerstwo.
Opuściłem Poznań wraz z innymi na dzień przed wypadkami czerwcowymi.
Dopiero na początku września dotarły do naszych domów listy zwołujące nas na 15 września, kiedy rozpoczął się pierwszy rok szkolny w Rzepinie. Na żwirowym i piaszczystym placu apelowym między obiektem szkoły a internatem, gdzie nie gdzie mocno porozjeżdżanym rosły jeszcze tu i ówdzie drzewa. Między bocznymi murami szkoły i internatu stała przy drodze spora ruina domu z białej cegły. Później go rozbieraliśmy. Tu, w szkole nie był planowy systematyczny remont lecz pośpieszne łatanie dziur. W szkolnej kopule koło zegara robotnicy odkryli podczas remontu dwa zmumifikowane ciała niemieckich żołnierzy...
Ogromny budynek o długich wewnętrznych korytarzach początkowo tonących w ciemnościach, wywarł na nas przygnębiające wrażenie. Groźnie. Ponuro, brak orientacji co, gdzie i jak. Na krótko. Przejściowo. Szybko się go nauczyliśmy. Podłogi drewniane co pewien czas malowaliśmy tempem na gorąco.
Późną jesienią, a może zimą dało się nam wszystkim solidnie we znaki robactwo w ścianach, tapetach, szparach. Któregoś ranka wszyscy obudziliśmy się cali w czerwonych kropkach. Gryzły nas... pluskwy. Uśpione, czekały przez lata na pierwszy solidny „posiłek". Roiło się tego niesamowite mnóstwo.
Zaczęliśmy poznawać mnogość aspektów życia, jego przeróżne smaki z dala od domów rodzinnych w służbie Sylwana.
Minęło 55 lat. Na wyłożonym kostką placu zamkniętym gazonem z drzewkami oraz gęsto obsadzonym pomnikiem patrona szkoły zebrało się liczne grono tych, którzy przeszli przez te mury. Było ich łącznie – jak powiedział dyrektor – ponad 3000. Większość poświęciła się pracy w lesie. Byli i tacy, którzy ani dnia nie przepracowali w swoim zawodzie. Los rozwiał kolegów po świecie od antypodów po Amerykę. Sporo kolegów weszło do annałów nauki polskiej.